Sylwetka Krzysztofa Gierczyńskiego
- Administrator
- Published in Aktualności
- Hits: 5078
- Drukuj , E-mail
Niezastąpiony w swoim klubie siatkarz po dziesięciu latach przerwy powraca do reprezentacji. - Poziom naszych meczów zależał od dyspozycji, w jakiej był Krzysiek - mówi o grze zawodnika w AZS Częstochowa jego kolega Piotr Gacek. Wszyscy mają nadzieję, że równie istotne znaczenie Krzysztof Gierczyński będzie miał dla kadry narodowej...
Przygoda z siatkówką reprezentacyjnego przyjmującego rozpoczęła się dość wcześnie. Pochodzący z Gubina, przygranicznego miasta w zachodniej Polsce, zawodnik już w szkole podstawowej aktywnie interesował się sportem. - Kiedy byłem w 4 – 5 klasie, siatkówka była najpopularniejszą dyscypliną. Zapisałem się na SKS, zacząłem grać i polubiłem to. Od tamtej pory praktycznie bez przerwy trenuję.
Z Gubina do Szczecina
- Początkowo grałem w drużynie szkolnej. Później, kiedy poszedłem do liceum, występowałem w IV-ligowym klubie Carina Gubin – opowiada o początkach swojej kariery Krzysztof Gierczyński. - Szybko awansowaliśmy do III ligi i tam już pozostaliśmy do końca moich występów w tym zespole. Byliśmy wówczas juniorami przejście do II ligi było poza naszym zasięgiem. Wówczas jednak jeden z najlepszych obecnie zawodników PLS nie wiązał z siatkówką zawodowej przyszłości. - W zasadzie dopiero w klasie maturalnej, kiedy dostałem propozycję z Morza Szczecin, zacząłem poważnie myśleć o związaniu swojego życia z siatkówką. Wtedy właśnie po raz pierwszy uwierzyłem, że mogę rozwinąć się jako siatkarz. Na przełomie roku 94/95 do utalentowanego zawodnika przyjechał Ryszard Kruk, proponując mu przeniesienie się do nowego klubu zaraz po zdaniu egzaminu dojrzałości. Krzysztof Gierczyński nie zawahał się i niedługo potem znalazł się w drugoligowej drużynie ze Szczecina. – Po kilku miesiącach zacząłem już regularnie grać w pierwszym zespole – relacjonuje zawodnik, który w Morzu Szczecin spędził aż siedem sezonów. Wspomnienia tamtych lat przywołują przede wszystkim brązowy i złoty medal mistrzostw Polski. Ale nie tylko… - W zespole szczecińskim po pomyślnym okresie przyszły problemy. W 2001 roku dostałem propozycję kontraktu od Andrzeja Gołaszewskiego, ówczesnego prezesa AZS Częstochowa, z której skorzystałem. Zrobiłem to w ostatniej chwili, ponieważ zaraz po moim odejściu w Szczecinie pojawiły się różne perypetie finansowe, a później klub przestał nawet istnieć – opowiada przyjmujący „biało – czerwonych”.
Sześć sezonów pod Jasną Górą
Od momentu zmiany barw, Krzysztof Gierczyński jest już wierny zespołowi spod Jasnej Góry. Gwiazda częstochowskiego AZS–u potrzebowała jednak czasu, by przekonać do siebie sztab szkoleniowy. - Na początku rozegrałem kilka spotkań, później na boisko w pierwszej szóstce wchodziłem dopiero pod koniec sezonu, w fazie play off. Musiałem się trochę zaaklimatyzować, ale końcówka była już dobra. Po tym jak trenerzy docenili Gierczyńskiego, regularnie wpuszczając go na boisko, kwestią czasu było dostrzeżenie jego potencjału również przez kolegów z zespołu. - Był taki sezon, w którym klub opuściło aż siedmiu siatkarzy. Najwidoczniej zdobyłem zaufanie pozostałych, bo wybrali mnie nowym kapitanem drużyny. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ponieważ nie przykładam uwagi do dat – opowiada ze skromnością zawodnik. - Kapitanem jestem jednak do tej pory. Przypadku w tej decyzji nie widzi wieloletni kolega z ligowych jak i reprezentacyjnych parkietów, a obecnie menadżer reprezentacji Polski, Witold Roman. - Osoba, którą wybiera się kapitanem musi być szczególna. Powinna cieszyć się zaufaniem nie tylko władz klubu, ale i kolegów z boiska. Krzysiek ma predyspozycje do tej roli. Jest ogniwem, które scala zespół – chwali siatkarza jego dobry znajomy i po chwili dodaje - Wszystkie kluby chciałby mieć u siebie w zespole tego typu zawodnika. Póki co, z posiadania w swoich szeregach Krzysztofa Gierczyńskiego, cieszą się akademicy z Częstochowy, z którymi osiągnął największe klubowe sukcesy, ale wszystko wskazuje na to, że już niedługo może się to zmienić. - Jestem w tym klubie już od sześciu sezonów i być może w nadchodzącym nastąpi jakaś zmiana. W zasadzie już nic mnie tu nie trzyma i możliwe, że zapragnę wkrótce zmienić klimat. Zobaczymy jak to wszystko się potoczy. Siatkarz nie wyklucza nawet wyjazdu za granicę - Wszystko zależy od tego, jakie mój menadżer zaproponuje mi oferty. Najprawdopodobniej pozostanę jednak w kraju. Dotychczasowa wierność AZS – owi Częstochowa nie wynikała bynajmniej z braku ciekawych propozycji. - Oferty otrzymywałem jeszcze podczas gry w Szczecinie, ale klub był wówczas na tyle ułożony, że nie musiałem myśleć o zmianie otoczenia. W pewnym momencie przyszło załamanie finansowe i chcąc czy nie chcąc musiałem stamtąd odejść. Wylądowałem w Częstochowie i nie żałuję tego, bo zawsze bardzo dobrze mi się tu grało, tworzyliśmy wspaniały kolektyw. Pojawiały się również inne oferty, ale na tyle podobała mi się zarówno gra w Częstochowie jak i atmosfera oraz cała otoczka i kibice, że postanowiłem zostać.

Krzysztof Gierczyński z żoną (fot. zbiory prywatne)
W reprezentacyjnych barwach
Choć Krzysztof Gierczyński z reprezentacją Polski przez wielu utożsamiany jest od niedawna to przygodę z biało – czerwonymi barwami zawodnik rozpoczął… kilkanaście lat temu. - W ósmej klasie szkoły podstawowej dostałem pierwsze powołanie do reprezentacji kadetów - wspomina popularny „Gierek”. Zespół z Gierczyńskim w składzie uzyskał wówczas awans do Mistrzostw Świata, których finał rozgrywany był w 1993 roku w tureckim Istambule. - Z imprezy powróciliśmy jednak bez większych sukcesów na koncie – komentuje Gierczyński. Siatkarz na dobre zagościł w reprezentacji, w której występował również w okresie juniorskim. - Niestety nie udało nam się wywalczyć tytułu mistrzowskiego, ani nawet medalu na międzynarodowych imprezach. Mieliśmy mocną drużynę, ale nie trafialiśmy z formą – relacjonuje wielokrotny reprezentant kraju w najmłodszych kategoriach.
Perspektywiczny przyjmujący nie zakończył na tym swojej przygody z reprezentowaniem barw narodowych. W 1997 roku Gierczyński dostał powołanie do kadry z rąk samego Huberta Wagnera, który był równocześnie klubowym szkoleniowcem zawodnika. - Prowadził mnie dość długo i z pewnością zapadł mi mocno w pamięć. Utytułowany trener, szkoleniowiec - legenda, który wiedział o siatkówce najwięcej. Bardzo mile wspominam okres współpracy z nim, choć był bardzo wymagający zarówno w stosunku do siebie jak i swoich podopiecznych. Gierczyński zadebiutował w ramach spotkania Euroligi w meczu przeciwko Łotwie rozgrywanym w Częstochowie. - Skład zmieniał się i w każdym spotkaniu na boisko wychodził ktoś inny. Wiele jednak wtedy nie grałem, bo byłem dopiero 21 – letnim zawodnikiem.
W reprezentacji występowali starsi koledzy, którzy grali więcej, ale dla mnie samo powołanie było wielkim wyróżnieniem. Zdarzały się jednak takie imprezy, podczas których grałem całe mecze i nabierałem doświadczenia. Zespół, pod wodzą trenera wszech czasów, walczył wówczas w barażach do mistrzostw Europy i eliminacjach do mistrzostw świata, które odbywały się w Olsztynie. Polacy zapewnili sobie wyjazd do Japonii, ale w składzie kadry na siatkarski mundial zabrakło już Krzysztofa Gierczyńskiego.
- Dostałem powołanie od Ireneusza Mazura. Miałem jednak kontuzję kolana, a ból na tyle mi doskwierał, że postanowiłem odpocząć sobie od reprezentacji. Musiałem zrege-nerować kolano. Gdybym od razu po sezonie ligowym zaczął trenować na pełnych obciążeniach podczas zgrupowania reprezentacji, mógłbym tego nie wytrzymać - wyjaśnia zawodnik zaznaczając jednocześnie, że nie była to żadna ucieczka przed reprezentacją. - Gdybym otrzymał powołanie, a nie borykał się z kontuzją, pewnie pojechałbym do Japonii. Zawodników trenowało ponad 20, a szkoleniowiec na mistrzostwa zabrał tylko 12. Nie ma pewności, ale może załapałbym się do „ścisłej dwunastki”. Od czasu tamtych występów Krzysztofa Gierczyńskiego w kadrze minęła dekada, a wszyscy zadają sobie pytanie, dlaczego absencja reprezentacyjna trwała tak długo.
- Tak naprawdę nikt wcześniej do mnie nie dzwonił. Kilka lat temu dzwonił Andrzej Warych, ale wtedy również borykałem się z bólem kolana. Teraz w listopadzie przed wyjazdem kadry na Węgry zadzwonił do mnie Witek Roman i zaproponował, że wyśle mi powołanie, ale na wyjazd na prekwalifikacje było już za późno. Powiedział jednak, że zadzwoni do mnie jeszcze przed turniejem w Izmirze. Użył argumentu, że to będzie prawdopodobnie moja ostatnia szansa, by pokazać się w reprezentacji. Rozmawialiśmy, przekonał mnie i pojechałem. Krzysztof Gierczyński nie żałuje podjętej decyzji. - Minęło 10 lat… Po rozbracie z reprezentacją ból kolana naturalnie nie ustąpił, zmagałem się z nim kilka lat. Były lepsze i gorsze momenty, ale powiedziałem sobie, że siatkówka jest moim zawodem, z którego muszę utrzymać siebie i rodzinę. Postanowiłem, więc, że po każdym sezonie ligowym będę musiał odpocząć kilka tygodni. Gdybym chciał brać udział w zgrupowaniach reprezentacji nie miałbym czasu na regenerację organizmu. Dlatego nie uczestniczyłem już później
w żadnych imprezach reprezentacyjnych – wyjaśnia Gierczyński.
Drugi „debiut” w kadrze
Obecnie stan kolana siatkarza poprawił się na tyle, że podczas przerwy w lidze, spowodowanej udziałem kadry w węgierskim turnieju preeliminacyjnym, udało się je trochę podleczyć. - Dostałem zastrzyk regenerujący – wyjaśnia Gierczyński. Na szczęście bóle kolan są jedynymi problemami zdrowotnymi, z jakimi boryka się zawodnik. – Podczas całej mojej dotychczasowej kariery nie nabawiłem się żadnych poważniejszych urazów mechanicznych, zdarzały się tylko przeciążeniowe, które są raczej naturalne w tym zawodzie.
Zawodnik mógł zatem wspomóc reprezentację podczas olimpijskich kwalifikacji rozgrywanych w Izmirze. Powrót do kadry wspomina bardzo mile. - Drużyna przyjęła mnie bardzo dobrze. Z kilkoma chłopakami grałem już wcześniej w reprezentacjach, również juniorskich: Murek, Gruszka, Zagumny, resztę znałem z boisk ligowych. Nie czułem, że pozostaję gdzieś z boku. Gierczyński nie miał jednak wcześniej do czynienia z argentyńskim szkoleniowcem „biało – czerwonych”. - Słyszałem przed zgrupowaniem o Raulu Lozano, że jest wymagający, przygotowany od A do Z i zawsze ma wszystko dopięte na ostatni guzik. Wiele wymaga od zawodników na treningach, ale i od siebie. Trzeba być maksymalnie skoncentrowanym. Wszystko, co słyszałem od Piotrka Gacka i innych zawodników tylko się potwierdziło.
Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że decyzja przyjmującego o przyjęciu powołania spowodowana była również nowym przepisem PZPS mówiącym o odbieraniu licencji uchylającym się od gry w kadrze. - Nie miał on na mnie żadnego wpływu. Uważam, że każdy zawodnikiem jest wolnym człowiekiem i może robić, co chce. To nie jest służba wojskowa, gdzie trzeba zgadzać się z poleceniami dowódcy. Każdy jest kowalem swojego losu. Zabieranie czy zawieszanie licencji jest nie na miejscu. Nikt nie zmusza ludzi, by podjęli pracę w konkretnym zakładzie czy zawodzie. Tak samo powinno być w sporcie – twierdzi wracający do reprezentacji po długiej przerwie przyjmujący.
Gierczyński swoją dalszą obecność w kadrze uzależnia od stanu zdrowia. – Każdy przecież chciałby pojechać na igrzyska olimpijskie, dla mnie byłaby to na pewno ostatnia szansa. Jeżeli otworzy się przede mną możliwość wyjazdu, byłoby to coś wspaniałego. Zawodnik nie ma jednak zamiaru za wszelką cenę walczyć o miejsce w składzie. - Z nikim nie będę walczył poza parkietem. Nie będę pod nikim kopał dołków i nie będę chciał na siłę załapać się do zespołu. Wspomniany wcześniej Witold Roman udowadnia jednak jego przydatność dla reprezentacji. - Jeśli chodzi o umiejętności siatkarskie wielokrotnie udowodnił, że już wcześniej powinien być dołączony do reprezentacji. Bardzo wysoko oceniam jego szanse wyjazdu do Pekinu.